RSS
poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Odwiedź Brzesko i nawarz sobie piwa, Poznaj Żabno i kumaj wszystko, Jedź na Starówkę i poczuj się młodo, Jedź na Fredry i zaplanuj zemstę, Omiń bramkę Tarnovii i ustrzel coś na Jasnej, Spaceruj Słoneczną i uśmiechnij się promiennie, Załóż mini i rzuć Maksa - to tylko niektóre spośród kilkudziesięciu haseł kampanii teaserowej, które na bilboardach mogli od wielu tygodni oglądać mieszkańcy Tarnowa i miejscowości zlokalizowanych w promieniu nawet 60 kilometrów. A to tylko niektóre komponenty na wyjątkową skalę realizowanej kampanii promującej nowe centrum handlowe Gemini Park Tarnów przy ulicy Nowodąbrowskiej, gdzie tylko ptasiego mleka i… McDonalda brak, a którego środowe otwarcie stało się sporym, aczkolwiek nie na miarę oczekiwań jej właścicieli, wydarzeniem towarzysko – polityczno – biznesowym. Kilkuset osobowy tłumek karnie oczekujący na wejście to jednak nie tysięczne tłumy szturmujące podobne obiekty w Łodzi, Warszawie, czy w Krakowie. Znudzeni policjanci dyżurujący w pobliżu wjazdu i wyjazdu oraz ściągnięci z pobliskich miejscowości ochroniarze w zasadzie nie mieli za wiele do roboty, być może dlatego, że otwarcie zaplanowano wczesnym rankiem w środku tygodnia i w dodatku na końcu miesiąca, tuż przed wypłatami pensji, rent i emerytur, tudzież zasiłków. Być może należałoby tę kolejność odwrócić, bowiem wbrew zapewnieniom magistratu, to właśnie emeryci i renciści stanowią główną siłę nabywczą w coraz bardziej się wyludniającym Tarnowie. Kto młody i wykształcony ten emigruje z naszego galicyjskiego miasteczka, gdzie zamiast tworzyć prawdziwe miejsca pracy (gdzie można by zarobić autentyczną średnią krajową pensję), otwiera się kolejne sklepy. Pytanie tylko dla kogo, wszak żeby wydawać trzeba najpierw zarabiać, a z tym w Tarnowie jest z miesiąca na miesiąc coraz gorzej. I mało kto daje się nabierać na pjarowskie dyrdymały prezydenta Ścigały, że oto dzięki Gemini Park powstało kilkaset nowych miejsc pracy, tyle, że warunki pracy (miesięczne umowy zamiast stałych etatów), a przede wszystkim płace są wysoce niezadowalające. Dla młodych ludzi będących jeszcze na garnuszku rodziców, zarobki rzędu 1000 – 1500 złotych są może i wystarczające, ale dla osób mających na utrzymaniu rodziny to pensje głodowe na nic tak naprawdę niewystarczające. Podobnie jest z zapewnieniami, że kasa miejska będzie odtąd solidnie zasilana płaconymi przez właścicieli podatkami. Już nawet małe dzieci wiedzą, że ogólnoświatowe sieci (a to one są głównymi najemcami nowo otwartej galerii), generują swoje zyski w tzw. rajach podatkowych, a nie w miejscach prowadzenia swoich działalności. U nas owszem korzystają ale z różnego rodzaju ulg i zwolnień podatkowych oraz przyzwolenia na bandyckie wręcz warunki dyktowane lokalnym kontrahentom.  Ale cóż, w podziale pracy dla nowych członków UE Polska ma być krajem ludzi żyjących z handlu, usług i lokalnej administracji. Produkcja jest zastrzeżona przede wszystkim dla krajów bogatszych i wpływowych. Być może dlatego to konsumpcja ma być w opinii rządzącej partii i rządu oraz lokalnych samorządów powszechnym antidotum na wszech ogarniający nas kryzys. Ale być może już wkrótce te lansowane przez polityków hasła powszechnej konsumpcji „zwykli zjadacze chleba” solidarnie zastąpią innymi… W ten lanserski model sprawowania prezydenckiej władzy w Tarnowie doskonale wpisują się aktualnie trwające na krakowskim rynku XXXIV Międzynarodowe Targi Sztuki Ludowej, gdzie wtorek 24 sierpnia był „Dniem Tarnowa”. Ale nic to, w porównaniu do hucpy, by nie rzec blamażu władz miasta, jakim było otwarcie na osiedlu Westerplatte nowego boiska do koszykówki, tyle że pokrytego… trawą. Podczas, gdy powszechnie wiadomo, że nawierzchnia do gry w piłkę koszykową powinna być twarda, przyczepna i maksymalnie równa. Pokazuje to ogromną niewiedzę pracowników tarnowskiego magistratu, którzy fundując potencjalnym użytkownikom tego chyba jedynego na świecie boiska trawiastą nawierzchnię dodatkowo wyrysowali na niej linie podobnie jak na boiskach piłkarskich (!). Chłopaki idą w zaparte i tłumaczą, że -To nie jest boisko do koszykówki, tylko do ... wrzutów do kosza. Aliści nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bowiem dzięki temu Tarnów przebił się do ogólnopolskich mediów z TVN24 na czele. Być może magistrat uważa, że lepiej żeby o nas mówili nawet źle, niż wcale… . Nie wiele też można się dowiedzieć o tym, co wykopała łyżka koparki na budowanym w centrum miasta pod ul. Mickiewicza przejściu podziemnym, ponoć odkryto tam żydowską nekropolię… .


W środę o 7 rano swoje sklepy otwarły na ul. Nowodąbrowskiej 127 Tesco, Castorama i Media Markt - trzy największe wielkopowierzchniowe sklepy na terenie galerii handlowej GEMINI PARK TARNÓW. O godzinie 9:00 swoje drzwi otwarło 65 pozostałych sklepów w największym od dziś centrum handlowym regionu. Zanim to nastąpiło, już we wtorek kierownictwo Gemini Holdings i reprezentanci największych najemców w obiekcie spotkali się z dziennikarzami, a wieczorem z kilkuset innymi zaproszonymi gośćmi dokonano uroczystego otwarcia i poświęcenia obiektu. Powierzchnia jego dachu osiągnęła 4 i pół hektara (o pół hektara więcej niż wynosi powierzchnia krakowskiego Rynku). Zatrudnienie znalazło tu blisko 1000 osób. Po 26 miesiącach oficjalnie zakończył się proces realizacji inwestycji wartej pół miliarda złotych. Nie oznacza to końca prac wokół Centrum, w tym kolejnych inwestycji infrastrukturalnych na pobliskim osiedlu.
Inwestorem i deweloperem projektu jest Gemini Holdings, z siedzibą w Krakowie - spółka specjalizująca się w realizacji obiektów komercyjnych, której prezesem jest Rafał Sonik, znany również z działalności sportowej (zaledwie kilka dni temu zapewnił sobie zwycięstwo w Pucharze Świata w rajdach quadowych). Firmą zarządzającą obiektem jest GREM - Gemini Real Estate Management Sp. z o.o. Oprócz Gemini Park Tarnów spółka Gemini Holdings jest właścicielem Centrum Handlowo-Rozrywkowego Gemini Park w Bielsku-Białej, oddanego do użytku w maju 2009 r. W planach Gemini Holdings jest budowa kolejnego obiektu handlowego w Tychach. - Ponad dwa lata przygotowań, dwa tysiące osób pracujących w stu zespołach, sztab ludzi tworzących kreatywne rozwiązania, tony zużytego materiału i setki litrów farby - tak zarząd firmy podsumowywał wczoraj powstawanie Gemini Park Tarnów.
W wypowiedziach kierownictwa inwestora było oczywiście wiele dumy i głębokiej satysfakcji, ale nie było hurraoptymizmu, co do perspektyw szybkiego zwrotu wielomilionowego projektu. O szansach powodzenia projektu wyrażano się zatem z pewną, chyba nie tylko kurtuazyjną, dozą asekuracji: - Gemini Park Tarów jest projektem regionalnym i odniesie sukces, kiedy przekona do swojej oferty nie tylko tarnowian, ale wiele osób, którym będzie chciało się i będą mieli po co przejechać do Tarnowa nawet kilkadziesiąt kilometrów - mówił wczoraj Rafał Sonik, dodając nawet - Nie chcielibyśmy umrzeć, ani powodować czyjeś biznesowej śmierci. Uważamy jednak, że Tarnów jest obecnie na granicy nasycenia, a może nawet jest już - po otwarciu Gemini Park - rynkiem nasyconym.
Na łącznej powierzchni prawie 80 tysięcy metrów kwadratowych, na dwóch kondygnacjach usytuowano blisko 70 sklepów, punktów gastronomicznych i handlowych. Lista najemców w Tarnowie (wciąż jeszcze nie zamknięta) jest imponująca – to przede wszystkim wielkopowierzchniowe markety: Tesco w dużym formacie 10 tysięcy metrów kwadratowych, Castorama (7,8 tys. m2) oraz Media Markt (4,5 tys. m2). Ponadto wśród najemców Gemini Park są najbardziej znane i cenione światowe oraz polskie firmy odzieżowe, takie jak: C&A, KappAhl, Reserved, Cropp, House, Solar, Ravel, Top Secret&Friends, czy włoskie marki Intimissimi i Calzedonia. Będą też sklepy z artykułami dla domu: Jysk i Home&You, sklepy sportowe: Martes Sport oraz multibrandowy sklep z markami Puma, Nike, Reebok, Adidas o nazwie City Sport, a także tak lubiane marki jak Empik, Douglas, Rossmann, Deichmann, CCC oraz wiele innych. Są szeroko reprezentowane sklepy odzieżowe dla dzieci takie jak Smyk, 5-10-15, Coccodrillo, Quadri Foglio wraz z ponad 200m2 placem zabaw Fair Play. Również w Centrum zostanie uruchomiona pierwsza w mieście restauracja KFC, na którą długo czekał Tarnów. Przemieszczanie ułatwiają trzy windy i ruchome chodniki. Klientom zmotoryzowanym Gemini Park oddaje do dyspozycji dwa parkingi - zewnętrzny i wewnętrzny, które łącznie pomieszczą ponad 1000 samochodów.


Na koniec tego miodem ociekającego kulturalno – handlowego wątku trochę dziegciu. Otóż, każdego roku zagraniczne sieci hipermarketów wyprowadzają z Polski ok. 40 mld zł zysku. Robią to bardzo umiejętnie. Z jednej strony kupują po zawyżonych cenach towary ze swoich krajów (wysoki koszt pomniejsza dochód, od którego liczone są podatki, o ile w ogóle są płacone), z drugiej zaś strony narzucają niskie ceny polskim dostawcom towarów, decydując o poziomie cen na rynku wewnętrznym. Dostawcom płacą, gdy towar zostanie sprzedany, często w ratach oraz po potrąceniu obowiązkowej opłaty za reklamę i inne wymyślone usługi własne. W tym czasie  „polskie" media mogą przekazać z nieukrywaną radością, w ramach tzw. michałków gospodarczych, że najbogatszym Francuzem został w tym roku Gérard Mulliez, twórca sieci handlowej Auchan. Tylko ten jeden Francuz, któremu państwo polskie pomogło stworzyć warunki do biznesu, posiada osobisty majątek wartości 15 mld euro. Tuż za tym biznesmenem od międzynarodowego handlu, handlu, który nie tworzy żadnego potencjału gospodarczego, technologicznego ani żadnego know-how, uplasowali się: właściciel sieci handlowej - także wyraźnie obecnej w Polsce - Bernard Arnault, kontrolujący sieć sklepów Carrefour, i Liliane Bettencourt, największa akcjonariuszka sieci L'Oréal. Nie wiadomo, jaki majątek ma Portugalczyk, właściciel sieci Biedronka, który konsekwentnie buduje swoje - wcale nie takie małe - sklepy-pawilony w powiatowych i gminnych miasteczkach Polski, wypierając ostatnie parterowe sklepiki, które były jedynym miejscem zatrudnienia dla właścicieli i ich rodzin.


Jak się okazuje prawdziwe święto Tarnowa udało się zorganizować dopiero w… Krakowie, podczas odbywających się tam XXXIV Targów Sztuki Ludowej. Swoje umiejętności i wyroby pod Wieżą Ratuszową przedstawiają twórcy ludowi i rzemieślnicy, a także gawędziarze, zespoły gospodyń wiejskich, domy kultury i regionalne zrzeszenia. Na Rynku Głównym pojawiło się około 120 kramów, 450 wystawców a na estradzie wystąpi 140 zespołów artystycznych, wśród nich przedstawiciele Słowacji, Czech, Niemiec, Austrii, Węgier, Ukrainy, Białorusi, Rosji i Litwy. Zaprezentują się cepeliowskie zespoły pieśni i tańca oraz uczestnicy zakopiańskiego Międzynarodowego Festiwalu Ziem Górskich z Azji, Afryki, Ameryki Południowej, Europy, Rosji, Kazachstanu, Republik Kaukaskich.
A oto szczegółowy tarnowski afisz krakowskiej imprezy: całość otworzył punktualnie o godzinie 12 Hejnał Tarnowa, zaś później zaprezentowali się - Leliwa Jazz Band, Zespół Cygański Paloma, Kapela z Jastrzębiej, Zespół Pieśni i Tańca Świerczkowiacy, Zespół Pieśni i Tańca „Koniaków”, Kapela z Dębna, Chór GOS.pl, zespół TOTENTANZ. Naszą kulturalną ofertę uzupełniały ponadto wystawy: „Pierwsze Wieki Tarnowa” i  „Magiczny Tarnów” – fotografie Mirosława Kaszuby, a także Mennica – bicie monet, Wioska Cygańska – Tabor Pamięci i Wioska w Kwiatach czyli malowanie Zalipia oraz inne ekspozycje twórców regionalnych. I tylko żal, że tego wszystkiego nie mogliśmy jednorazowo zobaczyć u siebie…


O tym boisku wiedzą już w całej Polsce! Sprawa boiska na ul. Westerplatte, tego samego, którego I etap realizacji tarnowski magistrat „odebrał” i zapłacił za część prac, które przez wykonawcę nie zostały zrealizowane, ma swoją, zupełnie niespodziewaną (nie tylko w prokuraturze!)  kontynuację. Jeden z internautów, mieszkańców tarnowskiego osiedla, gdzie realizowana jest inwestycja, zwrócił się z interwencją do TVN24, wyrażając zdziwienie, że boisko do piłki koszykowej otrzymało nawierzchnię ... trawiastą.  W informacji rozesłanej do lokalnych mediów  przez Biuro Prasowe Urzędu Miasta Tarnowa czytamy, że - „powstający przy osiedlu Westerplatte kompleks rekreacyjno – sportowy ma charakter wielofunkcyjny. Jest to boisko głównie do piłki siatkowej i nożnej. Ustawione tam kosze mają służyć przede wszystkim do trenowania rzutów oraz umożliwiać prowadzenie gier, których elementem jest wrzucanie do nich piłek. Teren ma być w dalszej kolejności utwardzony. Obiekt nie jest jeszcze odebrany technicznie. W najbliższych dniach boisko będzie wyposażane w część elementów. W dniu odbioru wykonawca inwestycji zamontuje w przygotowanych już miejscach słupki, pomiędzy którymi rozciągnięta zostanie siatka. To właśnie trawiaste boisko do siatkówki stanie się wówczas głównym elementem obiektu, kosze będą zaś stały po boku.”
Z kolei z wiadomości podanej przez TVN24, zatytułowanej „Urząd Miasta promuje nową dyscyplinę” wynika, iż dyrektor Wydziału Sportu, Turystyki i Rekreacji UMT Tarnowa jakby odcinał się od tej inwestycji. Jak czytamy, dyrektor tłumacząc, iż boisko nie ma służyć do gry w koszykówkę ale do „wrzutów do kosza”, ewentualnie piłki nożnej czy siatkowej, jednocześnie „zastrzega, że z budową boiska jego wydział nie miał nic wspólnego. Inwestycją zajmował się Wydział Realizacji Inwestycji, który o sporcie przecież nie musi mieć pojęcia...”


Z kolei łyżki koparek pracujące przy budowie przejścia podziemnego pod ulicą Mickiewicza natknęły się ponoć na nieznaną do tej pory żydowską nekropolię. Choć łyżki koparek nie wydobyły spod ziemi ludzkich kości, archeolodzy są niemal pewni - maszyny odsłoniły wyraźne ślady cmentarza, o którym nikt w Tarnowie nie miał dotąd pojęcia. Ludzkie szczątki całkowicie się rozłożyły. - To sensacja, która może dopisać ważną stronicę do dziejów miasta. Nikt w Tarnowie nie wiedział dotąd o cmentarzu w tym miejscu - mówi Andrzej Cetera z Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków, który uważa, że wykopy ujawniły prawdopodobnie fragment cmentarza znajdującego się przede wszystkim pod placem Szczepanika. Ciężki sprzęt wykonał ośmiometrowej głębokości wykop. Konserwator zabytków odkrył, że dwa, trzy metry pod powierzchnią znajdują się ślady cmentarza. O żydowskim charakterze odkrytych mogił świadczy, według konserwatora, sposób ułożenia zwłok. Jak informuje Biuro Prasowe Urzędu Miasta, archeologiczne znalezisko nie spowolni prac przy budowie przejścia podziemnego. Odkopane w centrum Tarnowa groby z okresu najprawdopodobniej średniowiecza, nie spowodują opóźnień w terminowym oddaniu jednej z największych inwestycji drogowych ostatnich lat w Tarnowie. Miejsce to wymaga zbadania przez historyków, ale bez konieczności przerwania robót. - Prace są prowadzone bez zakłóceń – mówi zastępca dyrektora Tarnowskiego Zarządu Dróg Miejskich Grażyna Wójcik. Roboty mają się zakończyć w połowie października, około połowy września natomiast, ma być tamtędy wznowiony ruch.



Ryszard Zaprzałka


By powrócić na stronę główną kuriera kliknij powrót.



18:15, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 sierpnia 2010

Letnia kanikuła, jak powszechnie wiadomo, sprzyja wszelkiego rodzaju ekskursjom, także tym autobusowym. A ponieważ mój parzystokopytny przewodnik zapewne z racji panujących upałów staje dęba więc i ja z konieczności postanowiłem się przemieścić w czasie i przestrzeni za pomocą środków masowej komunikacji. I jakżeż miło zostałem zaskoczony. Oto, okazuje się, że obok w większości zdewastowanych i zrujnowanych przystanków, znaleźć można także takie, na widok których serce rośnie i przysłowiowa szczęka opada, oczywiście z zachwytu. Tym bardziej, że bywając od zawsze poetą i na co dzień operując słowem (nie mylić z manipulowaniem), szczególniem wyczulon na wszelkie pozytywy w tym względzie. A takim niewątpliwie są niektóre z przystanków Gminy Tarnów, na których oczekując na przyjazd autobusów lub busów, zapoznać się można z twórczością znanych polskich poetów oraz… cytatami z wypowiedzi Jana Pawła II. Ze zdumienia przecierałem okulary i oczy oglądając na trasie z Tarnowa do Tuchowa, a dokładnie w Tarnowcu, Porębie Radlnej, Radlnej i Nowodworzu, schludne przystanki „wzmocnione” metalowymi płytami z laserowo wydrukowanymi fragmentami wierszy J. Kochanowskiego i K. Norwida, a także cytatami z naszego Papieża. Indagowany na tę niezwykłą, kulturalną, okoliczność wójt gminy Tarnów Grzegorz Kozioł wyjaśnia, że żelazne płyty nie rozlecą się tak łatwo, jak szyby, w dodatku upstrzone niecenzuralnymi wyrazami i z racji swojej kruchości nagminnie rozbijane, a poza tym poezja uspokaja, więc nikomu nie powinno przychodzić do głowy niszczenie przystanków. Pegaz bije brawo dla autorów tego unikalnego projektu i wyraża nadzieję na skuteczność oddziaływania owych „literackich odstraszaczy” na miejscową żulię, a pozostałym użytkownikom przystanków życzy prawdziwych poetyckich iluminacji. Cóż, jeszcze nie tak dawni wieszcz marzył o tym, aby jego wiersze trafiły pod strzechy, teraz można je znaleźć na autobusowych przystankach, dobre i to… . A ponieważ przystanków tylko w gminie Tarnów jest około 100 więc do roboty panowie samorządowcy, szczególnie, że wybory tuż, tuż! No cóż, niektórzy rewitalizują przystanki, inni budują pomniki. Wracając z owej poetyckiej krainy schludnych przystanków stanąłem na popas w Koszycach, gdzie na miejscowym osiedlu, dokładnie na skrzyżowaniu ulic Dąbka i Bajana, stanął 14 sierpnia monument świętego Maksymiliana Marii Kolbego. To oddolna i jak najbardziej obywatelska inicjatywa mieszkańców skupionych wokół miejscowej rady osiedla. Jak się z Pegazem dowiedzieliśmy w sumie zagospodarowanie i uporządkowanie centrum Osiedla Koszyckiego kosztowało około 85 tysięcy złotych. Prócz skweru, pojawiły się tam też nowe drogi i chodniki. - To miejsce poświęcone pamięci bohaterów – uzasadnia decyzję o wyborze postaci na pomnik Tadeusz Mazur, przewodniczący Rady Osiedla, radny Rady Miejskiej w Tarnowie. - Do grona zasłużonych, takich jak Henryk Sucharski, Stanisław Dąbek czy Jerzy Bajan, dołączył „bohater ludzki”, dobroczyńca, który oddał życie dla innych, św. Maksymilian Maria Kolbe. Ciekawe, co na takie pomnikowe dictum miłościwie nam panujący (jeszcze!) prezydent Tarnowa Ryszard Ś. Wszak Platforma Obywatelska i jej polityczni sojusznicy „Tarnowianie” mają zupełnie innych, swoich świętych, tym bardziej, że krzyż w przestrzeni publicznej jest ich zdaniem passe… 
Ale dość o tym. Oto, jak donosi InterMAKS, tarnowianka - Bożena Gruszka wygrała konkurs na najlepszą recenzję miesiąca. Pani Bożena należy do Dyskusyjnego Klubu Książki "Galeria", działającego przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Tarnowie. Została wyróżniona przez Instytut Książki za recenzję  "Domu Augusty" Majgull Axelsson, a którą i my w ślad za w/w portalem publikujemy. Z kolei nasz eksportowy Zespół Pieśni i Tańca “Świerczkowiacy” w dniach od 30.07.2010r. do 8.08.2010 r. wystąpił reprezentując Polskę na Międzynarodowym Festiwalu Folkloru w Cori we Włoszech. Miejmy nadzieję, że także sukcesem zakończy się występ obchodzącego w tym roku 30 – lecie działalności Teatru Nie Teraz, który aktualnie bawi na 40 Międzynarodowym Kampusie Artystycznym FAMA w Świnoujściu prezentując spektakl „Kreon” – autorską interpretację „Antygony” Sofoklesa guru grupy Tomasza A. Żaka. Natomiast w niedzielę 22 sierpnia rozpoczęła się ósma edycja Festiwalu Muzyki Kameralnej „Bravo Maestro”, imprezy cieszącej się ogromnym zainteresowaniem i popularnością koneserów muzyki klasycznej, ale o tym potem. Zaś w piątek minęło równe 10 lat od kiedy to w Tarnowie odnotowano najcieplejszy od czasów wojny dzień, dając tym samym asumpt do nazywania naszego galicyjskiego miasteczka Biegunem Ciepła. Tylko kto o tym pamiętał… .


Dyskusyjne Kluby Książki to wspólny projekt Instytutu Książki i Bibliotek Wojewódzkich adresowany przede wszystkim do czytelników korzystających z bibliotek publicznych. Pomysł oparty jest na założeniu, że potrzebne są miejsca, w których można rozmawiać o wspólnie czytanych książkach oraz, że nie trzeba być krytykiem, by czerpać przyjemność z dyskutowania o literaturze. Celem klubów jest także ożywienie środowisk skupionych wokół bibliotek oraz zachęcenie samych bibliotekarzy do kreowania mody na czytanie. Kluby powstały z inicjatywy Instytutu Książki i działają przy jego wsparciu finansowym i merytorycznym od początku 2007 roku przy bibliotekach różnego stopnia – od bibliotek wojewódzkich, po filie biblioteczne w małych miejscowościach. Klubami w obrębie jednego województwa opiekuje się koordynator wojewódzki. A oto nagrodzona recenzja tarnowianki Bożeny Gruszki:

Mario Vargas Llosa - „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki"

Irytują mnie zdrobnienia, te wszystkie pieniążki, pozdrowiona, buziaczki i mięsko z ziemniaczkami. Tymczasem przyszło mi się zmierzyć z powieścią, w której deminutiwa są podstawowym środkiem stylistycznym. Książka Llosy „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” samym tytułem sugeruje spotkanie z figlarną, przebiegłą osobą wzbudzającą raczej sympatię niż niechęć. A tu – nic z tych rzeczy !

Osadzona mocno w realiach politycznych i społecznych Peru i Europy Zachodniej historia Ricarda, peruwiańskiego emigranta - tłumacza, realizującego marzenia o spokojnym życiu w Paryżu, to w rzeczywistości studium wampiryzmu emocjonalnego. Polega on na bezwzględnym wykorzystywaniu czyjegoś zaangażowania uczuciowego, wrażliwości i  lęku przed odrzuceniem.
Piętnastoletnia Lily, w której Ricardo zakochał się w Miraflores, pojawia się później w jego życiu jako kandydatka na partyzantkę, kochanka komendanta Świetlistego Szlaku, żona francuskiego dyplomaty, żona angielskiego hodowcy koni, kochanka szefa mafii tokijskiej, przemytniczka wszelakich używek, rzekoma ofiara nigeryjskich policjantów. Gdy w końcu zostaje żoną Ricarda, też czyni to z wyrachowania i nie pod swoim prawdziwym nazwiskiem.
Pojawia się w życiu Peruwiańczyka, by wykorzystać jego maniakalne zadurzenie, rozbudzić namiętność i nadzieje i każdorazowo porzucić. Jej filozofia życiowa sprowadza się do poszukiwania pieniędzy – „jedynego szczęścia, którego można dotknąć”. Okrada kolejnych mężów i kochanków,  zawsze odnajduje drogę do Ricarda, by przekonywać go podstępnie, że jest  dla niej jedynym oparciem i powiernikiem.
Ricardo, współczesny Żyd – Wieczny Tułacz, oprócz miłości do tytułowej niegrzecznej dziewczynki, doświadcza poczucia braku tożsamości narodowej. Już nie jest Peruwiańczykiem, ale też nie jest Europejczykiem. Jako tłumacz uczestniczy w licznych konferencjach UNESCO, lecz nie identyfikuje się z żadnym problemem ludzkości.
A przecież te problemy – AIDS, partyzantka peruwiańska, ubóstwo, przemyt narkotyków – zabierają mu kolejnych przyjaciół.
Opowieść Llosy jest pełna świetnych portretów postaci, których życie umiejętnie zostaje wplecione w serię ważnych wydarzeń politycznych. Byłaby to znakomita lektura, gdyby nie  wspomniana na wstępie maniera deminutywna. Narrator zdecydowanie nadużywa zdrobnień.
Niegrzeczna dziewczynka (partyzanteczka, Chilijeczka, Francuzeczka, Japoneczka,) ma oczywiście ciałko, piersiątka, uszka, stópki, rączki, wszystko to jest kruchutkie, drobniutkie, maleńkie i szczuplutkie nawet gdy przyodziane w bluzeczkę, kostiumik, kapelusik i buciki. Być może zdrobnienia mają podkreślić niedojrzałość emocjonalną głównych bohaterów, zgodziłabym się z taką interpretacją. Jednak Llosa używa zdrobnień również w opisach szefa mafii (drobniutki, szczuplutki jak patyczek, złożył rączki) jak i swojego wujka.
Jeśli moje zastrzeżenia nie odstręczają Was od zapoznania się z niegrzeczną dziewczynką, zabierzcie ją ze sobą na wakacje. Każdy ma takiego wampira, jakiego sobie wyhoduje.

Bożena Gruszka


W dniach od 30.08.2010r. do 8.08.2010 r. ZPiT Świerczkowiacy reprezentował Polskę na Międzynarodowym Festiwalu Folkloru w Cori (Włochy). Zespół otrzymał zaproszenie od CIOFF oraz od włoskich organizatorów festiwalu (Associazione Curtulare „Latium” i Associazione Culturale „Festival Della Collina”) .Udział w festiwalu brało 11 zespołów z całego świata:  Białoruś, Polska (ZPiT Świerczkowiacy), Hiszpania, Chile, Kuba, Meksyk, Kenia, Tailandia, Włochy.
Tradycyjnie jak co roku występy festiwalowe  rozpoczęły się w Rzymie. Kolejne odbywały się w miastach regionu Lacjum: Cori, Segni, Paliano, Cisterna. W   tego rocznym festiwalu wzięło udział ponad 300 artystów ze wszystkich kontynentów. Hasło przewodnie Latium  World  Folkloric Festiwal 2010 to: „PEACE IS IN OUR HANDS”, zgodnie z dyrektywami wydanymi przez UNESCO mającymi na celu edukowanie ludzi do kultury pokoju. W kolejnych dniach festiwalu oprócz pokazów rytmów, melodii, pieśni i tańców odbywały się także wieczory folklorystyczne, parady „Świat Folkloru”, wieloetniczne spotkania i degustacja produktów spożywczych przygotowywanych przez uczestników festiwalu. Ciekawym wydarzeniem był wyjazd wszystkich grup biorących udział w festiwalu do słynnych średniowiecznych ogrodów Nimfa,  gdzie mieszanka kolorowych kostiumów z wieloma barwami natury zainspirowała organizatorów do sesji zdjęciowej.
Festiwal w Cori to dziesięć dni z tradycyjną muzyką ludową i tańcem, a także wieczory galowe z udziałem wielu artystów, którzy reprezentują różne kultury. Wymiana kulturalna we wzajemne przyjaźni jest jednym z celów, jakie osiąga festiwal, zrozumienie poprzez różne tradycje, skracanie odległości, wzbogacanie i nauka szacunku oraz patrzenie na świat jak na miejsce gdzie mogą żyć w pełni harmonii różne narody.
ZPiT Świerczkowiacy jest pierwszym polskim zespołem zaproszonym do udziału w festiwalu od 15 lat. Swym udziałem ubarwił i uświetnił to wydarzenie prezentując polski folklor w śpiewach, melodiach, tańcach i strojach na międzynarodowej estradzie festiwalu w Cori.




Ryszard Zaprzałka


By powrócić na stronę główną kuriera kliknij powrót.



22:34, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Wszędzie kryzys i oszczędnościowe larum, tylko nie u nas, w naszym galicyjskim miasteczku, którego władze zdają się sprawować rządy niczym w Bizancjum. Najlepiej o tym finansowym rozpasaniu świadczą dwie sztandarowe dla lansu i pjaru prezydenta inwestycje. Pierwsza to nowa „wypasiona” kubaturowo architektonicznie siedziba Magistratu, przygotowywana na miejscu dotychczas działającej Targowicy, której koszty liczone są w milionach złotych. Druga to kosmiczna, nikomu poza miejskimi urzędnikami niepotrzebna, fontanna z rozmachem realizowana na skwerze ks. Popiełuszki, obok kościoła ks. Misjonarzy, która ma ponoć kosztować okrągły milion złotych. Jak radośnie doniosły lokalne i jak najbardziej spolegliwe wobec prezydenckiej jurysdykcji media, powstaje tam Układ Słoneczny, tyle że w wersji fontannowej (!). Pomysłodawcami tego prezydenckiego pomnika są tarnowscy architekci – Maria Gajewska i Artur Grodziński. Centrum fontanny stanowić będzie podświetlone od wewnątrz Słońce wykonane ze szkła i stali. Na jego orbicie ulokowane zostaną wszystkie planety układu słonecznego. Mają mieć one kształt granitowych kuli obracających się wokół własnej osi. Oby cały ten projekt nie zakończył się qui pro quo, podobnym do osławionych już bilbordów, które co i rusz spotkać można w centrum miasta, będących formą podziękowania Fundacji „Kromka chleba”, za przekazywane na jej rzecz 1 procentu podatków. Widnieje na nich naturalnej wielkości sama pani prezes rzeczonej organizacji pożytku publicznego Anna Czech, radna i dyrektor szpitala im. Św. Łukasza, zaś w tle dostrzec można nestora tarnowskich aktorów Zbigniewa Kłopockiego, tym razem w roli bezdomnego. Pomijając mocno kontrowersyjne kwestie  finansowe owego przedsięwzięcia, wszak istotą działalności „Kromki chleba” winna być możliwie najszerzej niesiona pomoc bezdomnym i biednym, a nie kosztowne lansowanie się, ostatnio samo życie dopisało, a raczej postawiło przysłowiową kropkę nad „i”. Otóż po wygaśnięciu umowy na eksponowanie  dziękczynnych bilbordów, ich dysponent dokleił obok konterfektu Anny Czech sporych rozmiarów napis – „Do wynajęcia” wraz z numerem telefonu…(!). Jak mówi stare przysłowie: „dobry żart – tynfa wart”, szczególnie w kontekście zbliżających się wyborów samorządowych, w których z ramienia PiS na stanowisko prezydenta Tarnowa kandydować ponoć ma właśnie, sympatyczna i powszechnie lubiana, Anna Czech. Aliści nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem owe bilbordy zupełnie przypadkowo stanowią rodzaj komunikacyjnej śmiechoterapii, szczególnie dla stojących w korkach kierowców. Równie ciekawa jest inna kampania promocyjna znanego tarnowskiego żużlowca Marinan Wardzały, który motor zamienił na pióro i przy pomocy Agnieszki Ratowskiej i Łukasza Mordarskiego „popełnił” swoją biografię.  Książka zatytułowana „Marian Wardzała – między wierszami”, dostępna na lokalnym rynku od 5 sierpnia, przedstawia setki rozmów, jakie autorzy przeprowadzili z legendą tarnowskiego sportu żużlowego. Ale dość tego lansu, pora na konkrety. A takimi niewątpliwie są warsztaty teatralne dla dzieci z terenów powodziowych, jakie w dniach 9 - 31 sierpnia organizuje Tarnowski Teatr. Dla historycznego porządku odnotujmy jeszcze objazdową wizytę popularnej audycji radiowej „Lato z Radiem”, jaka miała miejsce 8 sierpnia na stadionie „Błękitnych”, udanie łączącej zabawę z akcją pomocową dla powodzian – zebrano 1685,01 zł. Artystycznie tydzień domknął skromny wernisaż prac (obrazy i rysunki) tarnowskiej artystki Agnieszki Kirsz, jaki odbył się w piątek 13 sierpnia w modnej wśród młodzieży klimatycznej Kawiarni „Alchemik” przy ulicy Żydowskiej. Oczywiście odbywało się też cykliczne dworsko – zamkowe muzykowanie w Kąśnej Dolnej i Dębnie oraz kościelne w samym Tarnowie (u ks. Misjonarzy, Filipinów i w parafii M. Boskiej Fatimskiej), aliści pisaliśmy już o tym. Natomiast o rozpoczynającym się właśnie na tarnowskim Rynku V Letnim Festiwalu Bluesa napiszemy oddzielnie, tym bardziej że trwał on będzie przez cały sierpień.


Wardzała związany jest z Unią Tarnów przez 44 lata! - Chyba jestem jedynym człowiekiem w Polsce, który tak długo wytrwał w jednym klubie. To zdecydowana większość mojego życia! Spędziłem tu najlepsze chwile – zaznacza Wardzała, który najpierw bronił barw Unii jako żużlowiec, a później był trenerem „Jaskółek”. - Kariera trenerska jest zdecydowanie trudniejsza. Będąc zawodnikiem myśli się głównie o sobie, o tym, żeby jak najlepiej przygotować sprzęt i pokazać się z jak najlepszej strony na torze. Natomiast opieka nad całym zespołem to praca od rana do wieczora. Jeśli się odpuści, coś ucieknie – a przeważnie ucieka wynik lub forma danego zawodnika – dodaje szkoleniowiec Unii.

W związku z decyzją Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego o zapewnieniu specjalnej opieki kulturalnej nad dziećmi z terenów dotkniętych powodzią, Instytut Teatralny organizuje projekt: „Artystyczne wakacje. Pomoc dla dzieci z terenów dotkniętych powodzią”. Do jego realizacji przystąpił Tarnowski Teatr. Warsztaty teatralne dla dzieci z terenów powodziowych odbywają się między 9 a 31 sierpnia.
W ramach Programu „Artystyczne Wakacje” tarnowski teatr zorganizuje półkolonie teatralne dla dzieci. Uczestnicy przygotują własną wersję wybranego tekstu, a grupa muzyczna odpowiednią muzykę. Inscenizacja zostanie przygotowana w oparciu o rekwizyty i kostiumy będące w posiadaniu teatru. Zostanie przy niej wykorzystane także profesjonalne wyposażenie techniczne.
Dzieci i młodzież – w wieku od 9 do 16 lat - będą miały możliwość zobaczenie także profesjonalnych prób aktorskich. Obejrzą też – przed rozpoczęciem warsztatów, spektakl „Niezwykły dom Pana A.”, gdzie przyjrzą się stosowanym technikom scenicznym, przez zawodowy zespół aktorski. Obok warsztatów zorganizowana zostanie również wycieczka do kina na seans przeznaczony dla dzieci lub młodzieży.
Lato w Teatrze już od trzech lat daje możliwość spędzenia twórczo wakacji dzieciom, które z różnych powodów pozostają w mieście. Dni spędzone w teatrze są dla dzieci szansą na poznanie „alfabetu teatru", na samodzielne wykorzystanie teatralnego języka i co najważniejsze, na twórcze wyrażenie siebie. Profesjonalni artyści pracując z dziećmi i młodzieżą, mogą podzielić się doświadczeniem zawodowym, mają szansę zaprezentowania swoich metod pracy, a także poznają potrzeby i wrażliwość młodej widowni.

Z pomocą powodzianom pospieszyli także organizatorzy i uczestnicy odbywającej się w niedzielę, 8 sierpnia,  tarnowskiej edycji „Lata z Radiem”. Imprezie, podczas której przygotowano sporo atrakcji, przyświecał cel charytatywny – zbiórka pieniędzy dla powodzian prowadzona przez tarnowski PCK. Dochód został przeznaczony na rzecz poszkodowanych w wyniku ostatnich, ulewnych deszczów w regionie tarnowskim. Podczas imprezy zebrano 1685,01 zł, łącznie z pieniędzmi pozyskanymi podczas Zderzeń uzyskano kwotę 4779 zł.
„Lato z Radiem” odbywało się na stadionie „Błękitni” przy ul. Piłsudskiego w Tarnowie. Impreza organizowana przy współpracy z Polskim Radiem rozpoczęła się o godz. 16.00. Dla uczestników, zarówno tych najmłodszych jak i dorosłych, przygotowano wiele atrakcji.
Na gości tarnowskiego Lata z Radiem czekały konkursy z nagrodami, pokazy kulinarne, programy rozrywkowe, m.in. występ Kabaretu Skeczy Męczących. KSM to grupa kabaretowa, która powstała w roku 2003 w Kielcach. W 2008 roku zdobył Nagrodę Publiczności na PACE. Najważniejsze programy w których pojawili się Męczący to: Mazurska Noc Kabaretowa, Kabaretowa Scena Dwójki, Top Trendy, O rety kabarety. Przedstawili m.in. skecze: "Nasza klasa", "Pan Bożenka" czy też "Śmiechosteron". Gwiazdą wieczoru był Andrzej Krzywy i zespół DE MONO. "Kochać inaczej", "Statki na niebie", "Znów jesteś ze mną" czy też "Asfaltowe łąki", kto z nas nie zna hitów tego zespołu. Grupa ta, jako pierwszy polski wykonawca zdobyła nagrodę MTV. Obecnie skład zespołu to: Piotr Kubiaczyk - gitara basowa, Andrzej Krzywy - wokal oraz Tomasz Banaś - gitary, Zdzisław Zioło - gitary, Paweł Dampc - instrumenty klawiszowe, Paweł Pełczyński - saksofony i instrumenty perkusyjne i Marcin Korbacz - perkusja. Koncert ten poprzedził występ PAPA D (dawny PAPA DANCE).
Papa D to nic innego jak Paweł Stasiak i legenda lat 80–tych, Papa Dance! Zespół został założony w 1984 roku i nie miał sobie równych w kategorii pop - dance. Skład koncertowy Papa D to wyjątkowa energia i optymizm bijący ze sceny od: Pawła Stasiaka (wokal), Jacka Szewczyka (gitara), Waldemara Kuleczki (gitara basowa), Dariusza Piskorza (perkusja) i Filipa Siejki (instrumenty klawiszowe i skrzypce).
Programy dla dzieci poprowadził Pan Japa. Ponadto przez cały dzień trwania imprez, już od godziny 12.00, na antenie Jedynki Polskiego Radia prowadzona była audycja na żywo.

13 sierpnia o 19.00 na wernisaż wystawy prac Agnieszki Hirsz zaprosiła kawiarnia „Alchemik” przy ulicy Żydowskiej w Tarnowie. Młoda tarnowska autorka prezentuje na wystawie zarówno swoje obrazy, jak i rysunki. Agnieszka Hirsz jest studentką wydziału humanistycznego na Akademii Górniczo Hutniczej. Od dziecka mieszka w Tarnowie, a sztuką zaczęła się interesować kilka lat temu. Od kilku miesięcy przechodzi fascynację malarstwem. Stawia swoje pierwsze, nieporadne choć dające sporo satysfakcji i radości, kroki w tej technice.




Ryszard Zaprzałka


By powrócić na stronę główną kuriera kliknij powrót.



18:17, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 sierpnia 2010

No i nastał nam sierpień, a wraz nim rozpoczęła się druga część wakacji, wyjątkowych w tym roku tak pod względem natury, jak i polityki oraz rocznic. A propos tych ostatnich, to zostawiając te najważniejsze godniejszym mediom i politykom, przypomnijmy naszą lokalną w tym względzie okoliczność. Otóż, w tym roku mija dokładnie 99 lat odkąd na tarnowskich ulicach pojawiły się tramwaje. Tak proszę szanownej publiki, szczególnie tej nastoletniej, Tarnów był jednym z trzech miast w Galicji, poza Krakowem i Lwowem, gdzie tramwaje jeździły jeszcze do 1942 r. I wielka szkoda, że nie powiodła się kilka lat temu próba sprowadzenia ostatniego tarnowskiego tramwaju ze Lwowa, gdzie jeszcze niedawno był w użyciu. Materialną pamiątką po tarnowskich tramwajach jest obecnie zrekonstruowany jeden z przystanków tramwajowych, który jako atrakcja turystyczna stoi na Wałowej, w miejscu, gdzie przed wojną zatrzymywały się tramwaje oraz… autentyczne żeliwne uchwyty, niektóre z porcelanowymi wkładami, przymocowane do fasad nielicznch kamienic (szczególnie tych jeszcze nie „zrewitalizowanych”), umieszczone na wysokości kilku metrów, a będące pozostałością po tramwajowych izolatorach, do których przymocowana był trakcja. Ale żeby nie być posądzonym o lokalny szowinizm i zaściankowość, odnotujmy wszakże udział tarnowskich harcerzy w upamiętnieniu 66 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. To już po raz trzeci harcerze z tarnowskiego hufca ZHP im. Gen. J. Bema zrealizowali projekt – akcję „Kotwica 2010”. Jak na tradycje tej organizacji przystało przeprowadzili ją w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia, kiedy to spotkali się w budynku komendy hufca, gdzie przy okolicznościowym kominku wspominano harcerzy  Szarych Szeregów. Następnie „uzbrojeni” w znaki Polski Walczącej, zwanymi ze względu na swój kształt „kotwicami” wyruszyli na miasto kolportując okolicznościowe ulotki, poświęcone rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego i udziałowi harcerzy w tamtym wydarzeniu. - Mało kto dziś pamięta, że harcerze z Szarych Szeregów byli jednymi z najaktywniejszych bojowników w polskim ruchu oporu podczas II wojny światowej. Bardzo aktywnie działali oni również w Tarnowie i regionie tarnowskim, gdzie konspiracyjne harcerstwo tworzył harcmistrz Wincenty Mucha, którego pomnik znajduje się w Tarnowie - Mościcach – przypomina dowodzący akcją Maksym Pękosz. W godzinach południowych tarnowscy harcerze wzięli również udział w miejskich uroczystościach rocznicowych, wystawiając wartę honorową przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Dzień później 2 sierpnia w piwnicznej galerii Muzeum Okręgowego otwarto interesującą wystawę grafiki i malarstwa Agaty Głogowskiej. To kolejna już ekspozycja z cyklu Tarnowscy Artyści w Galerii Muzealnej, którego celem jest promowanie dorobku tarnowskich artystów plastyków. Artystka urodziła się 27 grudnia 1981 roku w Tarnowie. Swą twórczość artystyczną rozpoczęła w Pracowni Plastycznej Witolda i Elżbiety Pazerów. W latach 2001 – 2006 studiowała na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie. Dyplom uzyskała w pracowni wklęsłodruku pod kierunkiem prof. Henryka Ożoga. Od roku 2006 jest członkiem tarnowskiego oddziału ZPAP. Na co dzień zajmuje się grafiką, grafiką projektową i malarstwem. Warto przy tej okazji podkreślić, że wystawy z tego cyklu sponsoruje prywatna galeria sztuki „Hortar”. Twórczość Agaty Głogowskiej stanowi znakomitą rekomendację pracowni plastycznej Tarnowskiego Centrum Kultury, prowadzonej przez Elżbietę i Witolda Pazerów, znanych tarnowskich malarzy. Zakończmy ten pierwszy sierpniowy Pegaz odnotowaniem dwóch imprez muzycznych. Pierwsza z nich to „Muzyka na ganku” unikalnego dworku I. J. Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. Ten plenerowy koncert odbył się w piątek 6 sierpnia w ramach cyklu „XXV Muzyczne Spotkania u Paderewskiego”. Tym razem gościem wieczoru byli: Dominik Sierzputowski (baryton) i Triumphal Brass Quintet. A w programie znalazły się najpiękniejsze arie operowe, przeboje muzyki filmowej i rozrywkowej. Druga to Festiwal Muzyki Organowej i Kameralnej, jaki po raz pierwszy przez cztery kolejne sierpniowe soboty odbywać się będzie w tarnowskim sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. Pierwszy koncert dano w sobotę 7 sierpnia, a wystąpili w nim gdańska skrzypaczka Izabela Jakubowska i tarnowski organista Karol Białas, pomysłodawca i organizator festiwalu.


Jak pisze Janusz Smoliński w Dzienniku Polskim – Tramwaje to była chluba miasta, ale też niezabliźniona rana jego finansów. Tarnowski magistrat musiał co roku dokładać do funkcjonowania tramwaju blisko połowę swojego budżetu. Z drugiej strony, Tarnów mógł być dumny z tramwaju i aspirować do miana miasta trzeciego w Galicji, po Lwowie i Krakowie. - Nie było sesji Rady Miejskiej, podczas której nie chcianoby zlikwidować linii tramwajowej, ale radny, który wysuwał taki wniosek był potem publicznie piętnowany przez społeczeństwo, jako ten, który chce zdegradować rangę Tarnowa - mówi tarnowski historyk Kazimierz Bańburski. Tramwaj został uruchomiony w Tarnowie w 1911 r., w rok po uruchomieniu miejskiej elektrowni. Austro-Węgry przeżywały w tamtych czasach boom gospodarczy. Ówczesny burmistrz Tarnowa Tadeusz Tertil nie zawahał się brać kredytów bankowych na miejskie inwestycje. Z kredytu powstała elektrownia, wybudowano dworzec kolejowy, uruchomiono tramwaje. Tych kredytów zresztą Tarnów potem nie musiał spłacać, po tym, jak w 1914 r. wybuchła I wojna światowa. Tarnowska linia tramwajowa miała zaledwie niecałe trzy kilometry. Tramwaje wyruszały na trasę spod budynku tarnowskiego dworca kolejowego i jechały ulicami: Dworcową, Krakowską, Wałową do Bramy Pilzneńskiej i potem Lwowską aż do Spadzistej, gdzie linia się kończyła. Stamtąd zjeżdżały do zajezdni, znajdującej się w okolicach ulic Warzywnej i Mostowej. W sumie na trasie było 10 przystanków tramwajowych. Ponieważ linia była jednotorowa, tramwaje mijały się na trasie na tzw. mijankach. Były trzy takie mijanki. Linię obsługiwało osiem wozów, sześć jeździło, a dwa były jako rezerwa. Tramwaj kursował co osiem minut, w godzinach od szóstej rano do 22. O tarnowskim tramwaju krążyły różnego rodzaju anegdoty. Jedna z nich to zagadka odwołująca się do często nie najlepszej frekwencji w tramwajach: "Co to jest: pasażer z przodu, pasażer z tyłu, a w środku pusto?". Trzeba jednak pamiętać, że w latach przedwojennych tarnowskiemu tramwajowi wyrósł groźny rywal. Gdy zaczęto w Mościcach budować Zakłady Azotowe, w 1928 r. uruchomiono miejskie autobusy. Obsługiwały one dalej trasę w kierunku Mościc, tam, gdzie tramwaj nie docierał. Tramwaj opisywał także z wielkim sentymentem w swojej "Książeczce" Jan Bielatowicz, tarnowianin i żołnierz, gdy przebywał na emigracji w Londynie. Pisał, że tramwaj z trudem wspinał się pod górkę jadąc wzdłuż ulicy Krakowskiej i wozy, wyprodukowane w Sanoku wydawały wtedy dziwne piski i dźwięki. Nigdy nie zdarzyło się natomiast, aby wozy z herbem "Leliwa" nie dały rady podjechać pod Krakowską i utknęły tam na trasie. Najkrótszej zresztą linii tramwajowej na świecie, bo liczącej dokładnie 2680 metrów. Tarnowski tramwaj ostatecznie "załatwili" Niemcy. Gdy rozpoczęli wojnę ze swoim niedawnym sojusznikiem Józefem Stalinem, zaistniała potrzeba przegrupowywania na Wschód ciężkiego sprzętu wojskowego przez Tarnów. Niemcy postanowili zlikwidować w tym celu trakcję tramwajową, która przeszkadzała im na ulicach miasta. Osiem tarnowskich tramwajów wyekspediowali zaś do Lwowa, gdzie zaczęły one wozić lwowiaków. - Jeszcze kilka lat temu były sygnały, że po ulicach Lwowa jeździ dawny tarnowski tramwaj - wspomina Kazimierz Bańburski. - Prezydent miasta chciał go nawet sprowadzić do Tarnowa, ostatecznie jednak ta akcja nie powiodła się.

Na sierpniowe zajęcia Letniej Autorskiej Pracowni Plastycznej Tarnowskie Centrum Kultury zaprasza wszystkie dzieci i młodzież szkolną – osoby, które chcą spędzić czas na plenerowych zajęciach w parku Sanguszków i tarnowskiej starówce, malując na sztalugach zaobserwowaną przyrodę, jak również zabudowę, która jest w nią wkomponowana. Zaplanowano również warsztaty, które będą podsumowaniem pleneru i twórczą kreacją w technice kolażu, z wykorzystaniem materiałów zebranych podczas zajęć w plenerze.
Podczas zajęć zatytułowanych „natura i architektura” będzie można nabyć, lub rozwinąć umiejętności analitycznej i syntetycznej obserwacji pleneru, postrzegania związków koloru ze światłem i z przestrzenią, świadomego widzenia i interpretacji natury, czy właściwego komponowanie płaszczyzny,
Zajęcia odbywać się będą w trzech grupach, każda z nich uczestniczyć będzie w zajęciach przez trzy dni. Pierwsze zajęcia zaplanowano w dniach 3-5 sierpnia, kolejne w terminie 6-9 sierpnia i wreszcie ostatnia grupa spotka się w pracowni TCK w dniach 10 – 12 sierpnia.

6 sierpnia (piątek) o godz. 18:00 w dworku I. J. Paderewskiego w Kąśnej Dolnej odbył się kolejny koncert z cyklu „XXV Muzyczne Spotkania u Paderewskiego – Muzyka na ganku”. Tym razem gościem wieczoru był Dominik Sierzputowski (baryton) i Triumphal Brass Quintet. W programie wykonano najpiękniejsze arie operowe, przeboje muzyki filmowej i rozrywkowej.
Oto bohaterowie tego wieczoru:
Dominik Sierzputowski (baryton)
Urodzony 11 X 1974 r. w Gdyni. W 2001 r. ukończył z wyróżnieniem studia na Wydziale Wokalno-Aktorskim Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy. W latach 1998-2002 współpracował z Teatrem Polskim w Bydgoszczy. Ponadto brał udział w wielu kursach wokalnych prowadzonych m.in. przez Helenę Łazarską, Fedorę Barbieri, Ryszarda Karczykowskiego. Dwukrotnie uczestniczył w kurach mistrzowskich prowadzonych przez Rolando Panerai, w których otrzymał wyróżnienie w postaci koncertów organizowanych przez Państwowe Konserwatorium "Luigi Cherubini" we Florencji.
Jest absolwentem Podyplomowych Studiów dla Dyrygentów Orkiestr Dętych, Wydziału Teorii Muzyki i Kompozycji Akademii Muzycznej w Gdańsku. Od 2001 r. współpracuje z Operą Nova w Bydgoszczy. Brał udział w spektaklach operowych w następujących partiach: Moralesa w "Carmen" G. Bizeta, Frederica w "Lakme" L. Delibes, Papageno w "Czarodziejskim Flecie" W.A. Mozarta, Miecznika w "Strasznym Dworze" S. Moniuszki - (spektakl z udziałem studentów i absolwentów Akademii Muzycznej w Bydgoszczy). Ponadto koncertował we Włoszech, Francji oraz Belgii oraz w Beethoven Hall w Bonn.
Triumphal Brass Quintet
Zespół w składzie: Janusz Bobiński - trąbka, trąbka piccolo, flugelhorn,Jacek Wieczorek - trąbka, trąbka piccolo, flugelhorn, Jarosław Klekotko – waltornia, Paweł Kalicki – puzon i
Robert Bartoszewicz – tuba, powstał w 2001 roku. Tworzą go najlepsi muzycy Opery Nova i Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. Artystów połączyła ogromna pasja do muzyki i chęć wspólnego tworzenia. Znakomity warsztat, który każdy z nich posiada oraz bogate doświadczenie gwarantują wysoki poziom artystyczny. Zespół znakomicie wczuwa się w muzykę doby renesansu, baroku, klasycyzmu, romantyzmu jak i muzykę współczesną, rozrywkową i filmową. W swoim repertuarze posiada także kolędy polskie i zagraniczne oraz muzykę sakralną. Kwintet z powodzeniem koncertuje na terenie całego kraju oraz za granicą na małych i dużych scenach uświetniając swoimi dźwiękami uroczystości państwowe, kameralne i okolicznościowe, zyskując sobie rzeszę fanów i słuchaczy.

W ostatnią sobotę rozpoczął się w Tarnowie pierwszy Festiwal Muzyki Organowej i Kameralnej. – Zapraszamy na cykl czterech koncertów w cztery kolejne soboty sierpnia – anonsuje imprezę jej pomysłodawca i główny organizator Karol Białas, sam z powodzeniem uprawiający sztukę organistowską. – Każdy z koncertów rozpoczyna się o godzinie 19.15 po mszy świętej wieczornej w sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej. Koncerty będzie poprzedzać krótkie wprowadzenie o muzyce organowej i kompozytorach, których utwory będą wykonywane. W pierwszym wystąpili: Izabela Jakubowska - skrzypaczka, absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz Karol Białas – organista, absolwent Tarnowskiej Szkoły Muzycznej II stopnia i Diecezjalnego Studium Organistowskiego, student gdańskiej AM. Zaś w kolejne soboty zaprezentują się: 14. Wiesław Kaczor – tarnowski organista, absolwent Akademii Muzycznej w Krakowie, 21. Katarzyna Kucia (flet) i Kamil Mika (organy), młodzi artyści związani z krakowską AM, 28. festiwal zakończy maestro Gedymin Grubba – organista, dyrygent i kompozytor.




Ryszard Zaprzałka


By powrócić na stronę główną kuriera kliknij powrót.



23:06, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 sierpnia 2010

Tam, gdzie rządzą kobiety, szczególnie rudowłose, faceci mają się różnie, a właściwie nie ma tam dla nich miejsca wcale. Takie mnie więcej refleksje mogą towarzyszyć lekturze debiutanckiej powieści tarnowianki Anny J. Szałapak Pt. „Zamówienie z Francji”, co już samo w sobie jest wydarzeniem. Znaleźć w niej można ród z tradycjami, zamek z tajemnicami i rudowłosymi kobietami właśnie. Łącze przyjemne z pożytecznym, zasiewając ziarno literatury pięknej na „ugorach młodych umysłów” – w taki nieco megalomański sposób promuje siebie i swoje dzieło nasza autorka, z zawodu nauczycielka i bibliotekarka, a z zamiłowania literatka (publikowała m.in. w serwisie Interia  360 oraz internetowej Szafie), i „nienasycona” czytelniczka. „Zamówienie z Francji” opisuje mocno tajemniczą historię wielopokoleniowej rodziny zamieszkałej w Prowansji, której głową jest niejaka Konstancja, i gdzie od  „zawsze” mówi się po polsku. Żyje ona zgodnie z wielowiekową tradycją dziedziczoną przez kolejne rudowłose dziedziczki rodu, które od czasów średniowiecznej babki Flory niepodzielnie rządziły rodziną i majątkiem: winnicami i ogrodami oraz kwiaciarnią „U Flory”.  I właśnie jedna z wnuczek rzeczonej Konstancji - Eliza przywozi z wakacyjnej wyprawy do kraju przodków młodą fotograficzkę Ewę, która ma jej pomóc w przygotowaniu folderu reklamującego „Florę”. W ten sposób młoda dama z Polski wplątana zostaje w mroczne tajemnice polsko – francuskiego rodu i z pomocą kobiecej intuicji wspartej wyobraźnią tarnowskiej autorki próbuje je rozwiązywać, a z jakim skutkiem dla potencjalnych czytelników to już temat na zupełnie nowe opowiadanie… .  Za to bezsprzecznie pozytywnym, aczkolwiek nie zamierzonym przez autorów, skutkiem zakończył się ubiegłoroczny „Alfabet polski”, bardzo wartościowy edukacyjny projekt Galerii Miejskiej BWA, autorstwa Ewy Łaczyńskiej – Widz.   Otóż, jak przeczytać można w rozesłanej do mediów informacji - tarnowski projekt Trutha (Krystiana Czaplickiego) znalazł się w albumie „URBAN INTERVERSION. PERSONALS PROJECTS IN PUBLIC SPACES”, najnowszej publikacji niemieckiego wydawnictwa Gestalten. Intencją redaktorów było zebranie najciekawszych artystycznych interwencji w przestrzeni publicznej. Jest to pierwsza publikacja tego typu. Interwencja Trutha została zrealizowana przez Galerię Miejską we wrześniu 2009 roku w Parku Strzeleckim w Tarnowie (i cały czas jest tam obecna!), w ramach wystawy Alfabet polski 1. Była ona konsekwencją zaproszenia artysty do projektu i spotkania z artystą, które odbyło się w Galerii 9 czerwca 2009 roku.
Gratulujemy i niejako z rozpędu odnotowujemy kolejny sukces tarnowian. Tym razem uczennica I klasy Technikum ZSTZ przy ulicy Piłsudskiego Aleksandra Bodzioch została jedną z laureatek XXVI Ogólnopolskiego Konkursu Uczniów Fryzjerstwa im. Antonie`a Cierplikowskiego. Open Hair Festiwal to największe, poświęcone stylizacji fryzur wydarzenie w Polsce. Ten prestiżowy konkurs organizowany jest od 26. lat w Sieradzu na cześć wywodzącego się z tego miasta Antoniego Cierplikowskiego, jednego z największych i najsławniejszych fryzjerów świata ubiegłego wieku, przez całe lata brylującego na paryskich salonach „króla fryzjerów i fryzjera królów”. To on wylansował m.in. fryzurę "na pazia", a wśród jego klientek były takie gwiazdy jak Sara Bernhardt, Greta Garbo, Isandora Dancan, Edith Piat, Josephine Baker czy Brigitte Bardot oraz wiele koronowanych głów… . Nasza Ola startowała w konkurencji „Fryzura ślubna z długich włosów”. Pracę można było wykonać na żywym modelu lub na manekinie. Ola wykonała upięcie koka na modelce. Fryzura, makijaż, ubiór i biżuteria stworzyły piękną kompozycję w dobrym stylu. Jury konkursu doceniło kunsztowność pracy i nagrodziło uczennicę tarnowskiej szkoły pierwszym miejscem. 28 stycznia 1965 r. kompozytor Zygmunt Mycielski zanotował w swoim Dzienniku: "byłem na kolacji u Antoine'a Cierplikowskiego, słynnego fryzjera, który coś w 1908 roku założył na rue Cambron zakład fryzjerski i jest dyktatorem fryzur kobiecych od 50 lat, właścicielem ponad stu zakładów, milionerem, obłąkanym „pedałem” i figurą, przy której filmy z Gretą Garbo (z lat dwudziestych) są bladym naśladownictwem tej Cierplikowskiej rzeczywistości. Ale żywotność tego 82-letniego faceta (występuje w białych, czerwonych frakach, habitach, sypia w kryształowej trumnie itp.) jest niebywała..." Gratulując Aleksandrze Bodzioch niewątpliwego sukcesu i życząc kariery równej słynnemu maestro fryzur  przypominamy tę niezwykłą i nietuzinkową postać, tym bardziej, że właśnie minęła 30 rocznica jego śmierci.


Jego biografia pełna jest szczęśliwych zbiegów okoliczności i dramatycznych perypetii, nie do końca wiadomo, które z nich wydarzyły się naprawdę, a które zostały stworzone na potrzeby medialne przez samego zainteresowanego. Antoni Cierplikowski urodził się 24 grudnia 1884 roku w Sieradzu. Pochodził z prostej, niezamożnej rodziny, jego ojciec był szewcem. Od początku bardzo silny związek łączył syna z matką. To ona miała mu mówić, że osoby urodzone w Boże Narodzenie czeka niezwykła przyszłość, doceniała jego wrażliwość i dobroć. Także ona jako pierwsza poznała się na talencie syna, gdy szyła ubrania pozwalała zbierać resztki materiału, a on tworzył z nich kwiaty, gałązki, kokardy. Bardzo ważne były dla Antka wizyty w sieradzkim kościele, uosabiającym piękno i bogactwo, białe lilie widywane na ołtarzu były do końca życia jego ulubionymi kwiatami.

W wieku 13 lat chłopiec został oddany na praktykę do sieradzkiego cyrulika, pomagał mu przy prostych czynnościach medycznych, ale jego zainteresowania szły w innym kierunku. Znacząca była zabawa w fryzjera podczas której 14-letni Antek zapanował nad niesfornymi włosami siostry używając miodu, w efekcie powstała piękna fryzura. Nikt jednak nie myślał o kształceniu chłopca w podobnym kierunku, w Sieradzu nie było nawet jednego zakładu fryzjerskiego. Sytuację zmieniła dopiero śmierć najbliższego przyjaciela na zapalenie płuc, chcąc pocieszyć przygnębionego syna matka postanowiła poprosić wuja Antka - Pawła Lewandowskiego, który był znanym łódzkim fryzjerem, by zatrudnił chłopca u siebie.

Początkowo 14-letni chłopiec nie miał oczywiście dostępu do strzyżenia, jego zadaniem było sprzątać zakład i pomagać wujowi. Dopiero z czasem mógł czesać mniej ważne osobistości, szybko okazało się zresztą, że ma do tego wyraźny talent. Niektórzy zaczęli z góry zapisywać się do młodego adepta sztuki fryzjerskiej, przepowiadano mu karierę w Paryżu. Nic też dziwnego, że sam Antek zaczął zastanawiać się nad dalszym rozwojem i w wieku 17 lat z niewielką sumą w zapasie porzucił Łódz i ruszył na podbój światowej stolicy mody. Znów musiał zaczynać od początku. Najpierw udało mu się zaczepić w małym zakładzie robiącym peruki. Pomógł mu przypadek, dostał szansę wykazania się, gdy z okazji dnia św. Katarzyny przyszło tak dużo klientek, że nie pogardzono i jego pomocą. Dziewczyny, które uczesał były tak zadowolone, że wkrótce zaczęto pytać o "tego młodego Rosjanina - Antoine'a". I tak Antek stał się Antoine'm.

Swoją pozycję budował wytrwale, szybko stając się wziętym fryzjerem. Pierwszy prawdziwy sukces przyszedł w 1904 r., gdy jednej ze swoich klientek, która wybierała się właśnie na ważne przyjęcie, gdzie nie do pomyślenia było pojawienie się z gołą głową zaproponował, że zrobi jej "kapelusz z włosów". Prowokacja powiodła się, efekt był zachwycający, a Antoine pokonał kolejny szczebel w karierze przechodząc do innego pracodawcy. Wkrótce odbył podróż do Anglii, gdzie poznał swoją przyszłą żonę - Marię-Berthę. Pobrali się po zaledwie kilku tygodniach znajomości, a kilka miesięcy później na świat przyszło ich dziecko - syn, który zmarł wkrótce po urodzeniu.

Po powrocie do Paryża Antoine pracował po 10, 12 godzin dziennie. Kluczowy dla jego kariery okazał się rok 1909, o pomoc zwróciła się wówczas Eve Lavalliere. Znana aktorka otrzymała propozycję wystąpienia w sztuce, gdzie miała zagrać nastoletnią bohaterkę. 37-letnia Lavalliere chciała rolę przyjąć, a jednocześnie bała się kompromitacji, ratunku postanowiła szukać u znanego fryzjera, który uznał, że skutecznie kobietę odmłodzić może zmniejszenie głowy poprzez obcięcie przytłaczających sylwetkę długich włosów. Był to początek fryzury "na chłopczycę", która lansowana wspólnie z Coco Chanel przyniosła Cierplikowskiemu sławę. Szybko ukuł nawet teorię, że obcinając włosy kobieta wyzwoliła się z kompleksu niższości.

Zaczęła się dla niego nowa epoka, w 1910 roku udało się otworzyć własny salon fryzjerski. Wprowadził tam szereg udogodnień, m.in. jako pierwszy zastosował suszarkę do włosów. Ściany zdobiły obrazy wybitnych twórców, a w projektowaniu wnętrz pomagał przyjaciel Cierplikowskiego - słynny rzeźbiarz Xawery Dunikowski. Z czasem zakład spełniał coraz więcej funkcji, Antione rozpoczął projektowanie kapeluszy, a także kostiumów i peruk do oper, jako pierwszy wprowadził farby do włosów: czerwoną, zieloną, różową, złotą, srebrną i błękitną. Nic dziwnego, że zdolnym artystą zainteresowano się w USA. Do Nowego Yorku przypłynął z żoną w 1925 roku. Okazało się, że oczekują na nich dziennikarze i fotoreporterzy.

Pobyt w Stanach Zjednoczonych Antoine rozpoczął od zakładania filii swoich zakładów, powstało ich w sumie 121. We wszystkich lansowano fryzurę "na pazia", co nieoczekiwanie spotkało się ze sprzeciwem przedstawicieli kościołów: katolickiego i protestanckiego. Dochodziło do absurdalnych sytuacji, gdy w czasie mszy napiętnowano z ambony kobietę, która zdecydowała się obciąć włosy, a stający w jej obronie mąż publicznie policzkował księdza. Ale to i tak nic w porównaniu z historią z Kansas City, gdzie zorganizowano manifestację dzieci, które protestowały przeciwko "niemoralnym" fryzurom swoich matek. Sytuację poprawiło dopiero namówienie na obcięcie włosów żony prezydenta - Eleonory Roosvelt, wyjątkowo wpływowej i szanowanej, która dla wielu Amerykanek była wzorem do naśladowania.

W USA Antoine przebywał do końca wojny, był związany m.in. z wytwórnią MGM, po 1945 r. wrócił z żoną do Paryża i do pozycji jednego z najbardziej rozchwytywanych fryzjerów, czesał Edith Piaf i Brigitte Bardot. Coraz bardziej angażowały go także przedsięwzięcia stricte artystyczne, urządzał koncerty, skupował rzeźby i obrazy. W 1964 r. odbył się Festiwal J. S. Bacha pod patronatem Antoine'a, także dzięki jego wsparciu odrestaurowano Bazylikę św. Eustachego. Francja doceniła Cierplikowskiego przyznając mu Legię Honorową i miejsce na cmentarzu w Passy. On jednak wierzył w reinkarnację i m.in. dlatego w 1971 roku, po siedemdziesięciu latach, postanowił wrócić do rodzinnego Sieradza. Nigdy zresztą nie stracił kontaktu z krajem, w 1968 r. przekazał 102 peruki i 14 historycznych kostiumów Muzeum Teatralnemu w Warszawie. Także wiele z rzeźb i obrazów ze swojej kolekcji ofiarował Polsce.

Ostatnie lata swojego życia spędził wiodąc spokojne życie emeryta, w momencie osiedlenia się w Polsce miał zresztą 87 lat, zdrowie nie pozwalało mu na dalsze uprawianie zawodu. Zamieszkał w domu w którym się urodził i wychował. Do śmierci nie opuścił już rodzinnego miasta, ograniczając się do spacerów po ogrodzie. Zmarł 5 lipca 1976 roku w wieku 92 lat, pochowany jest na cmentarzu miejskim. W Sieradzu co roku organizowany jest Ogólnopolski Konkurs Uczniów Fryzjerstwa im. Antoine'a Cierplikowskiego.

Obecnie dokonania Cierplikowskiego są w Polsce niemal całkowicie zapomniane, pytanie zresztą czy kiedykolwiek był powszechnie znane. Informacje o nim można znaleźć jedynie na stronach internetowych rodzinnego miasta. Natomiast zupełnie nic nie wiadomo na temat życia prywatnego, które zbywane jest ogólnikami o całkowitym poświęceniu pracy i spełnieniu w kontakcie z klientkami. Można się jedynie domyślać co miał na myśli Zygmunt Mycielski pisząc o "obłąkanym pedalstwie". Nie ma wątpliwości, że Cierplikowski reprezentował typ, który dziś nazwalibyśmy mocno przegiętym. Późne zdjęcia mistrza to jakby połączenie stylu Liberace z Denisem Roussosem, zresztą całe jego życie to jakby spełnienie kampowego snu, kicz miesza się tu z egzaltacją i ekstrawagancją, a wszystko doprawione sporą dawką autokreacji.

Przez długi czas Antoine farbował swoje siwe włosy na błękitno, jeździł w samochodzie o specjalnie wytłaczanej karoserii w kształcie kwadratowego salonu. Ubierał się w pelerynę i biały habit (w mnisim habicie i rzemiennych sandałach kazał się zresztą pochować), na rękach i nogach nosił srebrne bransolety. Jeżeli do tego dodamy buty - czółenka z kryształowymi obcasami to będziemy mieć dość dobre wyobrażenie jak wyglądał Cierplikowski. Nieobce były mu też fraki, zarówno czarne, białe, jak i czerwone. Warto wspomnieć o jego wymarzonym "szklanym domu", który powstał pod koniec lat 20., schody i balustrady były przeźroczyste, a pośrodku ogrodu stał, ustawiony na szklanych kolumnach, szeroki kielich z kryształu w kolorze rubinu. Pan domu spał w kryształowej trumnie, którą postawiono w gabinecie.

Antoine uważał, że czesanie to swoista terapia, dobry fryzjer powinien być jednocześnie artystą, psychologiem, filozofem, spowiednikiem, a nawet ojcem. Sam poświęcił swe życie kobietom i miał nawet pomysł, żeby to one niosły jego trumnę.




Ryszard Zaprzałka


By powrócić na stronę główną kuriera kliknij powrót.



22:19, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »








NOWA ODSŁONA!






tarnowski kurier kulturalny: